8369 wyświetleń w sierpniu. I ani jednego policzonego zapytania od nowej osoby.

Tydzień temu pokazałem sierpniowe liczby z LinkedIn i byłem z nich w miarę zadowolony. Dziś pokazuję dziurę w tych liczbach, bo ona jest ważniejsza niż wszystko, co w nich było.

Nikt nie liczył

Nie dlatego, że nikt nie napisał. Możliwe, że ktoś napisał. Dlatego, że przez cały miesiąc nikt tego nie liczył.

Wyświetlenia i reakcje LinkedIn podaje sam, ładnie i na tacy. Wchodzisz w statystyki, widzisz wykres, czujesz, że coś się dzieje. To są liczby, które platforma chce, żebyś oglądał, bo one trzymają Cię przy pisaniu.

Tego, czy ktoś przez te posty wysłał wiadomość albo wypełnił formularz na stronie, nie liczy nikt. Dopóki sam sobie tego nie ustawisz. LinkedIn nie powie Ci, że Kowalski z Poznania napisał do Ciebie po poście o rachunku za AI. Musisz to zapisać sam, w momencie, gdy Kowalski pisze.

Ja nie zapisywałem.

Jedno zadanie więcej

Więc od września mój asystent AI dostał jedno zadanie więcej. Prowadzi rejestr: kto napisał, skąd przyszedł, czego dotyczyła sprawa. Wiadomość na LinkedIn, mail na stronę, formularz z kalkulatora. Każde wejście od osoby, której wcześniej nie znałem, ląduje w jednym pliku z datą i źródłem.

Co niedzielę widzę jedną liczbę. Nie wykres, nie procent. Liczbę osób spoza moich kontaktów, które w tym tygodniu napisały.

Cel na wrzesień: pięć wiadomości od osób spoza moich dotychczasowych kontaktów. Nie pięćdziesiąt. Pięć.

Dlaczego pięć

Ta liczba wygląda skromnie przy tysiącach wyświetleń. Pięć przy 8369 to promil.

Ale jedno prawdziwe zapytanie od nowej osoby jest warte więcej niż tysiąc wyświetleń bez niczego. Wyświetlenie to ktoś, kto przewinął. Zapytanie to ktoś, kto zatrzymał się, przeczytał, pomyślał i napisał. To są dwie różne czynności i tylko druga z nich ma jakikolwiek związek z firmą.

Wiral, po którym nikt nie napisał, to rozrywka. Miła, ale rozrywka. Jedna wiadomość od właściwej osoby to początek współpracy. Wolę pięć takich niż jeden wiral.

Najdroższe słowo

Najciekawsze w tym wszystkim: zanim ustawiłem licznik, byłem pewien, że coś tam z tych postów przychodzi. Ktoś napisał, ktoś się odezwał, ktoś wspomniał na turnieju, że czyta. Miałem wrażenie, że to działa.

Może przychodziło. Nie wiem. Nie mam liczby z sierpnia i już jej nie będę miał, bo nie da się policzyć wstecz tego, czego się nie zapisało.

I właśnie to "nie wiem" było najdroższym słowem w moim sierpniowym marketingu. Droższym niż subskrypcje, droższym niż czas na pisanie. Bo miesiąc pracy bez tej jednej liczby to miesiąc, z którego nie da się wyciągnąć wniosku.

Pytanie

Co w swojej firmie mierzysz na oko, choć dałoby się policzyć? Czas odpowiedzi klientowi. Skąd przychodzą zapytania. Ile ofert kończy się umową. Każda z tych rzeczy da się zapisać w jednej kolumnie arkusza. I każda, dopóki jest "na oko", kosztuje więcej, niż się wydaje.