Siedem okien
Siedem okien na ekranie, siedem spraw naraz. A ja zjadłem obiad i wyszedłem z dzieckiem na plac zabaw. Najwięcej czasu nie zabrało mi zbudowanie tego. Najwięcej czasu zabrało przyzwyczajenie się, że mogę wstać od biurka.

Siedem okien na ekranie, siedem spraw naraz. Tak wyglądało moje ostatnie popołudnie w pracy.
Opiszę je dokładnie, bo "AI prowadzi mi firmę" brzmi jak hasło, a to nie jest hasło. To jest konkretne popołudnie.
Co się działo w oknach
W jednym oknie AI pilnowała kosztów i systemów mojej firmy w chmurze. Sprawdzała, czy nic nie urosło, czy nic nie padło, czy rachunek na koniec miesiąca będzie taki, jakiego się spodziewam.
W drugim naprawiała skrzynkę mailową klubu po przeprowadzce na nowy serwer. Coś nie działało z odbieraniem, trzeba było przejść konfigurację krok po kroku i przetestować.
W trzecim powstawała kampania reklamowa szkoły szachowej. Teksty, grafiki, grupy odbiorców, wszystko do mojego przejrzenia. Budżet nie ruszy bez mojej zgody, ale przygotowanie szło beze mnie.
W czwartym agenci przeglądali mój system i sami proponowali usprawnienia. Czytali instrukcje, które im napisałem, i mówili: tu jest sprzeczność, tu brakuje reguły, tu można prościej.
W piątym ruszał zupełnie nowy projekt. Pierwsza struktura, pierwsze pliki, pierwszy plan.
Szóste i siódme to były rzeczy drobniejsze, ale też szły.
A ja
A ja? Zjadłem obiad i wyszedłem z dzieckiem na plac zabaw. Godzina. Huśtawka, piaskownica, zwykłe popołudnie.
Wróciłem, przejrzałem, co przygotowały, i poklikałem zatwierdzenia. Kampanię poprawiłem w dwóch miejscach. Konfigurację skrzynki sprawdziłem, wysyłając testowego maila. Propozycje usprawnień przeczytałem i trzy z pięciu przyjąłem. Pół godziny.
Wiem, jak to brzmi
Wiem, jak to brzmi. Rok temu sam bym nie uwierzył. Rok temu siedziałbym przy każdym z tych siedmiu okien po kolei, przez cały wieczór, i skończył o północy z trzema rzeczami zamiast siedmiu.
Ale różnica między "AI coś tam potrafi" a "AI prowadzi ze mną firmę" nie leży w narzędziach. Narzędzia ma każdy, kto zapłaci za subskrypcję. Różnica leży w podejściu: każda z tych siedmiu spraw ma opisane po polsku zasady. Czego wolno, a czego nie. Co sprawdzić przed zrobieniem. Kiedy się zatrzymać i zapytać.
I jedną wspólną regułę, która obowiązuje we wszystkich oknach naraz: nic nie wychodzi w świat bez mojego kliknięcia. Kampania nie rusza, mail nie idzie, projekt nie publikuje. Jest kilka wyjątków, ale każdy wyznaczyłem sam, z góry, na piśmie.
Co zabrało najwięcej czasu
Najwięcej czasu nie zabrało mi zbudowanie tego. Budowanie to były tygodnie, ale to była praca, którą rozumiem: opisać, sprawdzić, poprawić.
Najwięcej czasu zabrało przyzwyczajenie się, że mogę wstać od biurka. Że siedem rzeczy dzieje się beze mnie i to jest w porządku. Że moja praca nie polega na siedzeniu przy każdym oknie, tylko na przeczytaniu wyniku i decyzji. Pierwsze razy wracałem z placu zabaw z poczuciem winy. Teraz wracam z poczuciem, że tak ma być.
Jedna rzecz
Jeśli prowadzisz firmę, zacznij od jednej rzeczy, którą przekazałbyś asystentowi, gdybyś go miał. Nie siedmiu. Jednej. Tej, która wraca co tydzień i której nie lubisz.
Opisz ją po ludzku. Co ma zrobić, czego nie wolno, kiedy ma się zatrzymać i pokazać Ci wynik. Reszta przyjdzie sama, bo jak zobaczysz jedno okno, które działa, następne dopisze się samo.
Krótsza wersja tego wpisu poszła na LinkedIn. Prowadzisz firmę i chcesz policzyć własną liczbę? Test piętnastu minut.