Pojechałem na festiwal szachowy do Polanicy jako kierownik wyjazdu klubu. Wróciłem z tygodniem pracy nad systemami AI, którego w ogóle nie planowałem.

Kto tam był

Był tam ze mną Sławek Chojnacki, prezes Bizzit SA, firmy od pozycjonowania stron i audytów SEO. Zupełnie inna branża niż moja. On sprzedaje widoczność w Google firmom, ja uczę dzieci szachów. Na papierze nie mamy wspólnego tematu.

Pierwszego wieczoru zaczęliśmy gadać o tym, jak każdy z nas ustawił sobie pracę z AI. Skończyliśmy nad ranem. I tak nam zeszło przez cały tydzień, od piątku do piątku: nocami do rana, ale nie tylko nocami, także w każdej wolnej chwili między rundami. Dzieci grały, my siedzieliśmy w hotelowej jadalni z laptopami.

Jak to wyglądało

Najciekawsze jest to, jak to wyglądało.

Siedzieliśmy obaj przy swoich laptopach i każdy robił swoje. On swoje, ja swoje. I ani razu nie zaglądaliśmy sobie w ekrany.

Bo nie było po co. Gadaliśmy przy tej pracy, jak dwóch facetów, którzy prowadzą firmy w zupełnie różnych branżach i obaj męczą ten sam problem: jak oddać maszynie robotę, nie oddając kontroli. A kiedy któryś rzucił coś naprawdę ciekawego, dalej dogadywali to już nasi asystenci między sobą. Mój brał od jego systemu to, co u niego działało lepiej. Jego brał od mojego to samo w drugą stronę.

Chyba nikt nam nie powiedział, że tak można. Po prostu w pewnym momencie okazało się, że oglądanie cudzego ekranu nie jest już do niczego potrzebne. Wystarczy powiedzieć: u mnie asystent od stylu ma taką regułę, i za chwilę ta reguła jest już u niego, przetłumaczona na jego firmę.

A te dwa opakowania na stole na zdjęciu to nie przypadek. Bez nich Sławek podobno nie programuje.

Dziewięć poprawek po jednej nocy

Po tej pierwszej nocy miałem dziewięć konkretnych poprawek w asystencie, który pisze moim stylem. Nie pomysłów na poprawki, tylko gotowych zmian. Rzeczy, których sam bym nie zobaczył, bo do własnego systemu człowiek się przyzwyczaja jak do własnego mieszkania. Nie widzi, że drzwi skrzypią.

Sławek nazwał u mnie rzeczy, których przestałem widzieć. Ja u niego to samo. Dwie pary świeżych oczu za cenę jednego tygodnia w uzdrowisku.

Drugi temat: robota, która dzieje się sama

Drugi temat tygodnia był mniej efektowny, ale ważniejszy: przesuwanie roboty tam, gdzie dzieje się sama.

Wcześniej mój system pytał mnie o zgodę na każdy krok. Także wtedy, gdy krokiem było przeczytanie pliku albo policzenie liczby. Kliknij, żeby przeczytać. Kliknij, żeby policzyć. Kliknij, żeby porównać. To nie jest bezpieczeństwo, to jest korek. Bezpieczeństwo jest na wyjściu, nie na każdym kroku po drodze.

Teraz część rzeczy idzie do końca bez mojego udziału, a ja wchodzę tam, gdzie naprawdę trzeba, czyli na wyjściu. Nic nie wychodzi do ludzi i żadna złotówka nie jest wydana bez mojego kliknięcia. Ta granica się nie zmieniła i nie zmieni. Ale wszystko przed tą granicą może iść samo.

Co zapamiętałem

Zapamiętałem z tego tygodnia co innego niż poprawki. Nad swoim systemem siedziałem wcześniej sam przez wiele miesięcy. Jedna rozmowa z kimś, kto robi to samo w zupełnie innej branży, dała mi więcej niż poprzedni miesiąc dłubania w pojedynkę.

Jeśli budujesz coś takiego u siebie, nie szukaj kursu. Znajdź jedną osobę spoza swojej branży, która też to robi, usiądźcie obok siebie i róbcie każdy swoje. Nie musicie nawet patrzeć sobie w ekrany. Reszta zaskoczy sama.